Jest tu sporo wątków pobocznych: gdzieś na marginesie przewija się intryga z podrywaczem z warsztatu samochodowego, obserwujemy też przepychanki i machloje wśród lokalnych oficjeli, poznajemy realia mieszkaniowe w Węgierskiej Republice Ludowej itd. Ale najważniejsza jest chyba muzyka - żwawy rock'n'roll, który solówki fortepianowe przeplata z pełnymi aluzji tekstami, często mieszając politykę z seksem, zazwyczaj traktowanym w sposób dość bezpruderyjny. Znajdujemy tu też odnośniki do ówczesnej sytuacji socjopolitycznej Węgier, przemian, które faktycznie zachodziły tam w latach 60.
[photo position="inside"]20149[/photo]Nie brakuje poczucia humoru, którego dostarczają liczne scenki rodzajowe z udziałem rozbuchanej erotycznie młodzieży i lawirującej między zasadzkami ideologicznymi starszyzny. Wyczuwa się w tym wszystkim nutkę nostalgii, bo choć z jednej strony powrót z USA na Węgry twórcy malują w kategoriach zesłania na Sybir, to jednocześnie lekki i przyjemny klimat filmu ma mówić: "patrzcie, u nas jeszcze nie było tak najgorzej". Bo rzeczywiście tzw. gulaszowy komunizm zezwalał na pewną wolność słowa, ograniczając jednocześnie wszechwładzę partii komunistycznej.
„Papryka, sex i rock'n'roll”, Gergely Fonyo
Kulisy tej produkcji są iście hollywoodzkie - popularny musical sceniczny osadzony w latach 60. i sławiący zalety rock'n'rolla przeniesiony zostaje na ekran i zdobywa drugie tyle fanów. Smaczek polega na tym, że pikantna historia z tytułu rozgrywa się nie za Oceanem, ale w jednym z krajów byłego bloku wschodniego. Tłem dla przegryzanych papryką ekscesów są tu ponure czasy komunistycznego reżimu. Najważniejsza jest muzyka - żwawy rock'n'roll, który solówki fortepianowe przeplata z pełnymi aluzji tekstami, często mieszając politykę z seksem.
Dorota Smela