Gdyby kącik literacki Kafeterii dodawał punkty do recenzji, należałoby napisać usprawiedliwienie, czemu Kto znajduje, źle szukał takowych nie posiada. Książka – jeśli oczywiście jest to książka – wymyka się klasyfikacjom. Jak i życie autorki.
W efekcie powstał kolaż rzeczy bardzo różnych pod względem jakościowym, tematycznym, rzecz którą trzeba przetrząsać. Aglaja w zdumiewający sposób łączy niemal nastoletnią niedojrzałość (przejawiającą się także w fascynacji brutalnością) z rzadko spotykaną wrażliwością, mądrością nawet i darem do tworzenia cudownych zbitek słownych – te, momentami, wybuchają na kartkach jak gwiazdy. Jest więc momentami świetnie, czasami słabo, zawsze zaś dziwnie. Otrzymaliśmy zaproszenie do głowy i serca naznaczonego niezwykłym cierpieniem.
Te odlegle od siebie teksty próbuje spajać paradoksalne przekonanie o własnym nieistnieniu, czy raczej pół-istnieniu („jeszcze się nie urodziłam”, powtarza Aglaja) z nieustannym przeczuciem śmierci, która wydaje się czymś bliskim, a zarazem, cholernie nie na miejscu. No bo jak mogę umrzeć, skoro mnie nie ma? W ten sposób ujawnia się absurdalność ludzkiego „istnienia”, trochę jestem, a trochę nie ma, cierpię, więc jestem, ale jednak cierpienie rozbija mnie na kawałki, no to znikam i jednak trzeba umrzeć.
Pisanie również jest cierpieniem i to szczególnie dotkliwym – powraca, niemal zapomniany watek pracy twórczej jako nieludzkiej wręcz mordęgi, Aglaja nieustannie przywołuje to przykre doświadczenie, zupełnie nowy rodzaj potworności, trzeba wyrwać ze świata rzeczy, ludzi, własne uczucia i przemocą przekuć na słowa. Tryska krew i walają się flaki. Nie sposób jednak odmówić autorce autentyczności tych przeżyć, tak samo trudno samemu się nie wzruszyć, a nawet nie pozwolić sobą wstrząsnąć.
I tylko szkoda, że zapiski Veteranyi ujęto w okładki, rezygnując z luźnej formy. Wyobrażam sobie te książkę jako plik luźnych kartek, rożnego kształtu, koloru, wielkości, dodatkowo część z nich należałoby poplamić kawą i naznaczyć śladami po niedopałkach. Następnie, karteluszki te należałoby rozrzucić po domu własnym oraz bliskich, powpychać pod kwiatki, między strony innych książek, w papierzyska, dokumenty, wreszcie, zostawić ukryte pod pakietem literatury klozetowej. Każdą osobno. Wówczas należy zapomnieć o Kto znajduje… właśnie po to, by moc znaleźć okruchy tej książki. Za pół roku, na przykład, sięgam po starą gazetę, a z niej wypada opowiadanie, wiersz. Pytam, co to takiego i czytam. Czasem popukam się w głowę, czasem zachwycę, zarumienię. Ale chyba nie można zmierzyć się z twórczością tej rozsypanej dziewczyny w inny sposób, jak właśnie poprzez rozsypanie. Chwytanie jej po kawałku, przypadkowo i w niespodziewanych momentach spodobałoby się samej autorce – więc książkę tę należy kupić, potargać i porozrzucać gdzie tylko się da.