Nowy film nagrodzonego Złotą Palmą (za Sekrety i kłamstwa) Mike'a Leigh.
Po części na pewno tak, ale nie do końca. Bo Happy-Go-Lucky jest przede wszystkim arcydziełem filmowej socjotechniki. Sędziwy mentor brytyjskiego kina nakręcił obraz, którego nie sposób nie polubić. Ale całe ciepło, jakie roztacza, jest jedynie sprytnym, narracyjnym zabiegiem. Twórca o tak wielkim doświadczeniu doskonale wie, jak nakręcić scenę, która musi wywołać np. uśmiech widza. Leigh w Happy-Go-Lucky tworzy tak jak hollywoodzcy luminarze muzyki filmowej. Od dawna wiadomo - są zestawienia nut i akordów, które automatycznie wywołują u słuchacza konkretny nastrój. Wzruszyć, rozbawić, wywołać zadumę - są na to metody. Podobnie w świecie filmu. Leigh zna wszystkie tricki i - trzeba przyznać - wykorzystuje je w Happy-Go-Lucky bezbłędnie. Ale czy za tą żonglerką nastrojami odbiorców stoi jakakolwiek autentyczna treść? Moim zdaniem niekoniecznie.
Programowa słodycz Happy-Go-Lucky umiejętnie maskuje braki samego filmu. A te są liczne. Przede wszystkim scenariusz, a właściwie jego brak. Mike Leigh nie przestaje być sobą, nadal mówi językiem tzw. ambitnego kina. Ale konstrukcja scenariusza jest sitcomowo-kabaretowa. Czyli mamy wyrazistą bohaterkę i cały szereg świetnych, ale w gruncie rzeczy niepowiązanych ze sobą scen. Poszczególne epizody bawią, cieszą i śmieszą, ale nie wynika z nich żadna konkretna, spójna całość.
Przede wszystkim nieprawdopodobny potencjał komiczny Happy-Go-Lucky. Przewijające się przez cały film wątki kursu prawa jazdy i lekcji flamenco to arcydzieła absurdalnego angielskiego humoru. Dla nich samych warto iść na nowego Mike'a Leigh. Z założenia trudni do rozruszania dziennikarze na pokazie prasowym dosłownie zwijali się ze śmiechu. Co będzie się działo w trakcie zwyczajnych kinowych projekcji? Strach myśleć. Bo też i nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem w kinie równie zabawne sceny.
Tak czy siak pozostaje pytanie, czy mamy do czynienia z fast foodem dla inteligencji, czy z autentycznym, filozoficznym credo reżysera? Czy to tylko Bridget Jones dla bardziej wymagających albo Samotni dla dorosłych? Czy może jednak szczere przywołanie motywu bożego głupca, Wolterowskiego Kandyda i innych wykładni pokornego, ale świadomego optymizmu? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Do czego zachęcam. Bo chociaż sam typuję tę pierwszą odpowiedź, jednocześnie zaręczam - ogląda się to świetnie.