Jednego dnia w jednej gazecie znalazłam dwa ogłoszenia, jedno pod drugim. Pierwsze chciało zatrudnić wykwalifikowana asystentkę ze znajomością języków co najmniej dwóch poza rodzimym, aparycją, wykształceniem wyższym, doświadczeniem i takimi tam, a drugie głosiło, że potrzebny jest niewykwalifikowany robotnik, co do którego nie ma w zasadzie żadnych wymagań, poza tym, żeby był robotnikiem, o co w końcu nie tak trudno. Tej pierwszej proponowano tysiąc złotych, a temu drugiemu tysiąc złotych, czyli tyle samo, czyli, że niby sprawiedliwie, demokratycznie i po równo, czyli muszę przyznać, że ja z tej demokracji niewiele chyba rozumiem.