Boli mnie ten powszechny lans: nad związkiem trzeba pracować, inaczej zostaje się na bocznicy. Do kogo ta gadka? Do nas wszystkich, rzuconych dla młodszych? Że niby byłyśmy złymi, nienowoczesnymi żonami, które nie dały rady dogodzić partnerowi we wszystkim? A może pierwsze żony dziwnym trafem, nie mają pojęcia, czym jest prawdziwe uczucie? I niedobrze mi, gdy czytam o tych parodiach szczęścia, sielankach w krzywym zwierciadle - fantastycznych związkach zbudowanych czyimś kosztem.