Siedzieliśmy sobie tam, gdzie zawsze, i kilkoro nas było. Wieczór, może dziesiąta, może wcześniej, ludzi ani dużo, ani mało, poniedziałek. Nuda, proszę Państwa. Co raz to ktoś z nas budził się z otępienia i rzucał do tego, co najbliżej baru siedział: skocz no do baru po piwo, a w końcu i jemu się znudziło, i poszedł, i zostało nas jeszcze mniej.