Czego oczy nie widzą, tego sercu żal
Lucynę widuję czasem przez okno, jak pędzi na skróty przez podwórko. Rozwiany płaszcz, wiosenny, zimowy, przejściowy... włosy też rozwiane. Ciągnie ze sobą siatki, torby, męża, swoje małe i większe dzieci, aktówki, jakieś tajemnicze pudla, wielkie teczki pełne papierzysk. Wychylam się z okna i macham do niej. - Lucyna! Wpadnij na kawę! Nie mogę! - słyszę nieodmiennie. – Lecę do pracy, do domu, na zajęcia z baletu z Olgą, na kursy szydełkowania, na zakupy, na egzamin, po męża, po samochód...