"Troja", reż. Wolfgang Petersen
Aktorstwo to jedyny bardzo jasny punkt "Troi", ale zacznę od sporej wpadki. Helena. Jak można było wziąć do tak ważnej, z punktu widzenia całej opowieści, roli, zupełnie pozbawioną wdzięku, czy jakiegokolwiek charakteru, modelkę. Już na starcie szansa na choć częściowe zrozumienie postępowania i podzielenie zachwytu Parysa została zaprzepaszczona. Trzeba jeszcze dodać, iż sam Parys doskonale pasuje do swojej wybranki. Orlando Bloom w każdej roli jest praktycznie identyczny (chyba, że akurat nosi spiczaste uszy), czyli zupełnie bezpłciowy i nudny. Brad Pitt z kolei ponownie potwierdza swoją klasę, jego Achilles jest po prostu idealny. Zarozumiały, pewny siebie egoista, najlepszy wojownik wszechczasów, którego jedynym celem jest zapewnienie sobie miejsca w historii, jest najciekawszą postacią filmu. Hektor, świetnie zagrany przez przekreślonego po "Hulku" Erica Banę, to odpowiednik Maximusa (w dodatku głos Erica i Russela Crowe'a jest prawie identyczny) i stanowi faktyczne ucieleśnienie wszelkich antycznych ideałów: szlachetności, odwagi, honoru i patriotyzmu. Drugi plan to popis aktorów charakterystycznych.