Jestem przyjezdną z małego miasta. Nie chciało mi się uczyć, chciałam czegoś lepszego, nie wiem czego. Więc wyfrunęłam. Wynajmuję mieszkanie, spłacam kredyt na szafę, łóżko, stół, telewizor, odkurzacz, ekspres i dywan. Teraz nie starczy mi z pensji ani na studia, ani na fryzjera, ani na ciuchy. Z tym dorobkiem nie wystartuję w żadne ciekawe towarzystwo, nie mówiąc o miłości, o której marzę. Mierzi mnie moja przeciętność, czuję się gorsza, a ludzie to pogłębiają. Rozmawiają o samochodach, prezentach, wyjazdach, ślubach. Co jest ze mną, czy jestem głupią gęsią, co myślała, że się przepcha z wiochy na salony?