Przyjechałam z małego, chociaż rozwijającego się dzielnie miasteczka do dużego. Szok był też ogromny. Już nie budził mnie śpiew ptaków. Zamiast tego dygot ciężarówek za oknem i spłoszone myśli: co dzisiaj? Czego uda mi się dokonać i jakim sposobem? Bo rachunki, bo ambicje, bo ukochany też tutaj i podoba mu się – w przeciwieństwie do mnie. Ukochanego już nie ma, pracuję 10 godzin dziennie, chodzę na siłownię i biegam. Ale źle się czuję, dopadły mnie smutki, bo nie wiem, do czego dążę, czy o to mi chodziło, kiedy tu przyjechałam? Tęsknię za rodziną.