„Żony ze Stepford”, reż. Frank Oz
Powieść Iry Levina "Żony ze Stepford" opublikowano pierwszy raz w 1972 roku - cieszyła się na tyle dużą popularnością, że już trzy lata później powstał na jej podstawie film Bryana Forbesa z docenioną rolą Katherine Ross, której ledwie cieniem jest w obecnej wersji Nicole Kidman.
Joanna Eberhard (Kidman), wraz z mężem Walterem (dawno niewidziany Broderick) i dziećmi, przenosi się z Manhattanu, gdzie prowadziła pełen sukcesów żywot, do spokojnego, elitarnego miasteczka Stepford. Życie płynie tam sielankowym rytmem, żony są miłe dla mężów i w ogóle wszystko wydaje się doskonałe. No właśnie, zbyt doskonałe, co zaczyna niepokoić Joanne. W swoich podejrzeniach jest osamotniona, nie może liczyć nawet na męża; ten w pełni zaaklimatyzował się w nowym miejscu...
Fabuła na pierwszy rzut oka nie przywołuje specjalnych skojarzeń, ale znając jej autora można już wywnioskować pewną zależność - "Żony ze Stepford" konstrukcję wyniosły z najbardziej znanej powieści Levina, "Dziecka Rosemary". Analogii jest tu niebezpiecznie dużo, tylko klasa przedsięwzięcia jakby kilka pięter niższa. Film Franka Oza sprowadza ją na bruk, scenarzysta nie mógł się zdecydować nawet na jednolitą konwencję prezentując w zamian mieszankę tanich chwytów rodem z najmniej śmiesznych komedii i najnudniejszych horrorów. Bawić się na "Żonach ze Stepford" nie sposób. Te sprzed trzydziestu lat nie zestarzały się w ogóle (warto je poznać), ale skoro zdecydowano się je wymienić na nowe - cóż, straszą właśnie w kinach. Filmową pustką.