Rango to udomowiony kameleon, który na skutek nieuwagi właściciela ląduje na środku pustyni Mojave. Idąc za radą (rozjechanego właśnie przez ciężarówkę) pancernika dociera do miasteczka Piach. Konfabulując na prawo i lewo robi tam błyskawiczną karierę: zostaje szeryfem. Ale Piach to miejsce nieciekawe: rządzą tu (poza dziwacznym i od początku podejrzanym burmistrzem) brud, głód i pragnienie. Ktoś wykrada wodę. Kiedy ostatni, przetrzymywany w bankowym sejfie, baniak okazuje się być pusty, Rango wraz z ekipą zwariowanych zwierzęcych osadników wyrusza w pościg za złodziejami wody.
Obraz Verbinskiego od początku budzi ambiwalentne odczucia. Bo na pierwszy rzut oka jest tu wszystko, czego zwykle oczekujemy od tego typu produkcji. A więc: szalona dynamika zdarzeń, przyprawiająca o zawrót głowy, naładowana mnóstwem szczegółów animacja, zjadliwy, aluzyjny humor i wyraziści bohaterowie. Do tego (jak przystało na czasy postmoderny) cała masa żartobliwych nawiązań do klasyki kina (Czas Apokalipsy) ze szczególnym uwzględnieniem westernu (wspomniani Leone i Peckinpah) i dotychczasowego dorobku Deppa (Arizona Dream, Las Vegas Parano). Dowcip, zgodnie z zapowiedziami, skierowano przede wszystkim w stronę oczekiwań dorosłego kinomana, a całość sowicie podlano tak modną estetyką opowieści meksykańskiego pogranicza a’la Rodriguez (Desperado). Nie można powiedzieć: cała konstrukcja działa bez zarzutu. Rango ogląda się z autentyczną przyjemnością. A jednak: zabrakło tu tego, w czym specjalizuje się Pixar. A więc zaskoczenia, prowokacji, odwagi, niepokornej nuty. Bo Rango to w gruncie rzeczy ponowne wykorzystanie starego schematu made In USA. Opowieść w stylu od zera do bohatera i przede wszystkim zaakceptuj siebie a odnajdziesz szczęście. I tu rodzi się problem. Bo dla dzieciaków Rango może być zbyt odważne (dużo tu np. autentycznie brutalnych scen), dla dorosłych przeciwnie: może być odważne (i przekorne) w niewystarczającym stopniu.
Powinno za to zadowolić wszystkich fanów wspomnianej Złotej Ery. Verbinskiemu udało się zdyskontować sukcesy studia DreamWorks (Kung Fu Panda) i dorównać wysiłkom odpowiedzialnego za animacje działu studia Sony (Na Fali). A, że oczekiwałem od Rango nieco więcej, niż dostałem? Cóż, to uczucie częste i doskonale znane prawdziwym kinomanom. Dodatkowe brawa dla dystrybutora, który wprowadził na nasz rynek jednocześnie dwie wersje językowe: zdubbingowaną i oryginalną, z polskimi napisami. Takie podejście powinno wyznaczać standard. W Polsce wciąż spotykamy się z nim naprawdę rzadko.