Zwariowana komedia daleka od wakacyjnej sztampy - zrealizowany na zamówienie selekcjonerów festiwalu w Sundance pełnometrażowy debiut autora głośnych krótkometrażówek (One Night, Two Cars) - Taiki Cohena.
Lily McKinnon (Loren Horsley) to dziwaczna dziewczyna, która nigdy nigdzie nie pasuje. Strzela gafy, fatalnie się ubiera, jest chronicznie nieśmiała. Pracuje w barze szybkiej obsługi, gdzie wypatruje wśród klientów upragnionego księcia z bajki. Pewnego dnia doznaje olśnienia. Mężczyzna, który każdego dnia zamawia u niej hamburgera, ma nad ustami dokładnie taki sam pieprzyk jak ona. Ten mężczyzna to Jarrod Lough (Jemaine Clement) - pozujący na playboya, w istocie taki sam jak i Lily zagubiony dziwak i fajtłapa. Tych dwoje spotka się na imprezie pod hasłem "Przebierz się za swojego ulubionego zwierzaka" (stąd tytułowy orzeł (Jarrod) i rekin (Lily)). I chociaż zakończenie tej historii nie jest dla nikogo tajemnicą, od wspólnego szczęścia dzieli ich jeszcze daleka droga...
Składa się na to wiele elementów. Po pierwsze - niezwykła u debiutanta sprawność reżyserska, jaką demonstruje Cohen. Orzeł vs Rekin to niezwykle zgrabny miks wielu estetyk - komedia sąsiaduje tu z dramatem, a pastisz z psychodramą. I chociaż poważnych treści nie brakuje, są one sprytnie zamaskowane, jak mówi sam reżyser: "ten film tworzy humor". I faktycznie - Orzeł vs rekin jest naładowany niezwykłą wprost ilością wyśmienitych gagów. Zdradzać ich nie wypada, dość powiedzieć, że Cohen operuje humorem ostrym, agresywnym, absurdalnym i surrealistycznym. Balansuje na granicy dobrego smaku, ale nigdy jej nie przekracza. Sprytnie kompiluje także optykę narracji - bohaterów konstruuje jak uważny uczeń mistrzów czeskiego kina, a więc z ciepłą ironią, z pewną dozą okrucieństwa i zrozumienia jednocześnie. Nakłada się na to obraz charakterystyczny dla nowozelandzkiej kinematografii - chłodne, precyzyjne zdjęcia, jak zawsze u filmowców z tej strony świata demonstrujące niezwykłe piękno lokalnej przyrody.
Osobne brawa należą się aktorom. Grająca (wyśmienicie zresztą) Lily Loren Horsley współtworzyła cały film, pomagała Cohenowi w pisaniu scenariusza. W efekcie czuć, że był to dla niej obraz ważny i osobisty. Jemaine Clement demonstruje z kolei nieprawdopodobny wręcz talent komediowy, samą mimiką prowokuje salwy śmiechu na widowni, jego - przepraszam za wyrażenie - pierdołowaty wdzięk z pewnością będziemy mieli okazję podziwiać jeszcze niejeden raz, wróżę temu aktorowi poważną karierę w nie do końca poważnych filmach. Dobra gra charakteryzuje tutaj nie tylko pierwszoplanowych bohaterów - brawurowe są kreacje właściwie całej rodziny Jarroda, a perełką - wszystkie sceny zbiorowe ukazujące niezwykłą galerię przedziwnych postaci.
Zalety tego obrazu można wymieniać jeszcze długo. Ale to, co decyduje o jego wyjątkowości wykracza poza łatwe do zanalizowania kwestie formalne. Decyduje tutaj ogromna empatia, z jaką Cohen traktuje swoich bohaterów i cały otaczający ich świat. Pozornie jest to optyka żartu i drwiny, w istocie - wzruszający, niezwykle humanitarny obraz ludzkich słabości.Sam Cohen mówił o swoim filmie: "Mógłbym powiedzieć, że Orzeł kontra rekin jest poważnym studium ludzkiej psychiki, ale tak naprawdę jest szczerym portretem nas samych". I wypada mi się przyznać - to jedno zdanie lepiej charakteryzuje ten film niż cała moja recenzja. Gorąco polecam.