Nie jest to wbrew pozorom nowy „Matrix”, czy kolejny „Blade Runner”. Apokaliptyczna, moralizatorska opowieść o świecie, w którym wirtualne relacje zabiły prawdziwe uczucia? Też nie. Jonze udaje się w nieodległą przyszłość, ale tworzy ją na wzór otaczającego nas świata. Pewną wskazówką będą tu jego wcześniejsze filmy („Adaptacja”, „Być jak John Malkovich”, „Where the Wild Things Are”). Zwariowana, mieszająca rzeczywistość z poetyką snu, psychodelicznej fantazji, groteski fabuła jest jedynie metaforą, nośnikiem refleksji reżysera. Na pozór opowiedzianym serio: Jonze konstruuje historię miłości z wirtualną postacią na wzór klasycznego romansu. Wzajemna chemia, żarty, narastający flirt, radość i spełnienie, jakie wnosi w życie Theodora Samantha (takie imię nadaje sobie OS Johansson): wszystko to wypada nad wyraz wiarygodnie. A że partnerka bohatera nie ma ciała, a jedynie głos, „Ona” to kolejny w karierze Jonzego „film gadany”. Nierealistyczna (a jednak przekonująca) fabuła rozpada się na szereg epizodów. To sedno stylu reżysera: fragmentaryczna, lekceważąca logikę narracja pozwala mu wznieść się ponad samą historię, mówić o zjawiskach, dostrzegać szersze prawidłowości. Tym razem Jonze bierze na warsztat miłość, uczucia, relacje, potrzebę kontaktu. Sens tkwi w (jak zwykle mistrzowskich!) dialogach. Słuchając z początku radosnego przekomarzania się, później coraz bardziej „poważnych” rozmów bohaterów bez trudu odnajdujemy w nich własne doświadczenia. Jonze pozostaje fenomenalnym psychologiem: wchodząc w głowy bohaterów jednocześnie wdziera się w psychikę widzów, prowokuje ich, wzrusza, stawia niewygodne pytania. Czyni psychodeliczną bajkę czymś nad wyraz rzeczywistym, wzruszającym, budzącym osobiste wspomnienia. Podsumować go nie sposób. Bo jest tu analiza samotności współczesnych 30. i 40-latków, ich rozczarowania powierzchownością relacji, jest kpina z miłości postrzeganej jako iluzja utkana z naszych potrzeb i wyobrażeń. Są żarty z pogoni za wyśnionym ideałem, jest przejmująca analiza samotności. Wymieniać można jeszcze długo: wspominana fragmentaryczność pozwala Jonzemu swobodnie zmieniać temat. W efekcie jego filmy wymykają się spod kontroli, a płynące z nich wnioski sięgają naprawdę szeroko.