Najpopularniejsza mała męska tajemnica wiąże się, rzecz jasna, z rozmiarem przyrodzenia. Termin „mały” uzyskuje w tym kontekście dodatkowe znaczenie. Mężczyźni są niesłychanie zaambarasowani tym problemem, nie bez słuszności. O metodach dokonywania pomiarów można by napisać epopeję – istnieje mnóstwo sposobów, aby miarkę oszukać, przydając w ten sposób, choćby fikcyjnie, bezcennych centymetrów. Chłop oczywiście się nie przyzna, lecz bądźmy szczerzy – każdy z nas nie tylko sobie mierzył, ale również zaokrąglał w górę.
Tajemnice związane z filmem są stosunkowo proste. W większości facetów (a przynajmniej we mnie, ich najwspanialszym reprezentancie, jakby nie było) drzemie ckliwość, wydawałoby się, właściwa wyłącznie dziewczynkom z rolniczych szkół przyklasztornych. Na przykład, uwielbiamy komedie romantyczne, zwłaszcza te mało komediowe za to romantyczne bardzo, chcielibyśmy zmienić się w skrzyżowanie Hugh Granta z Adamem Sandlerem i spoglądać w oczy Drew Barrymore do końca świata i jeden dzień dłużej. Wskutek szczęśliwego zbiegu okoliczności, dziewczyny również lubią te filmy i jeszcze przyznają się do tego. Powiedzmy tę prostą prawdę: gdy facet zaprasza dziewczynę do kina na komedię romantyczną, czyni to dla siebie, a nie dla niej.
Przykład muzyczny również łatwo przychodzi do głowy. Nikomu nie podoba się „Ona tańczy dla mnie”, a jednak wszyscy tego słuchają. Ja jednak nie o tym. Jakieś piętnaście lat temu objawił się włoski zespół Rhapsody, wykonujący muzykę symfoniczno-metaliczną. Chłopaki wyglądali na członków honorowych Klubu Masturbatora, a najważniejszy z nich miał twarz wykręconą w wyrazie przejmującego smutku. Wygrywali patetyczne kawałki o rycerzach i smokach, pełne podniosłych refrenów i melodii z wesela wygrywanych przez jakąś tanią orkiestrę symfoniczną. Innymi słowy, był to szajs ponad szajsami, absolutne dno, coś do czego wstyd się przyznać. W którymś momencie wszyscy moi kumple słuchali tego zespołu, oczywiście po cichu, na słuchawkach, nocą. Postępowali tak niezależnie od osobistych preferencji muzycznych i muzycznej kultury. Rhapsody w niewytłumaczalny sposób przyciągało wielbicieli grunge, alternatywy, hip-hopu oraz kwaśnego jazzu. Znamienne, że największą, choć sekretną miłość do tego koszmaru z ziemi włoskiej zdradzali ci, związani z muzyką zawodowo. Dziennikarze, instrumentaliści, raperzy oraz wyjce. Nikt by się do tego publicznie nie przyznał. Spotykaliśmy się w sekrecie, puszczając sobie ukochane kawałki. Rhapsody uczyniło z nas coś w rodzaju sekretnego stowarzyszenia, masonerii dla ubogich w XXI wieku.
Najciekawszym męskim sekretem, który znam i podzielam, jest miłość do tak zwanych kolorowych czasopism. Gazetki te, wypełnione plotkami o gwiazdach, fotografiami tychże, krótkimi historyjkami o miłości, przepisami kulinarnymi, radami psychologów wzbogaconymi o horoskopy, są nominalnie przeznaczone dla płci pięknej. Ich lektura stanowi niewyobrażalną wręcz przyjemność dla mnie i wielu innych facetów. Doświadczenie obcowania z tymi tanimi, barwnymi karteczkami można porównać tylko do kontaktu z pornografią we wczesnej nastoletniości. Wówczas, w epoce bez sieci, kontakt ze świerszczykiem pulsował w rytm bicia serca najbardziej fascynującej z tajemnic. Dorosłemu mężczyźnie kontakt z pornografią nie przystoi; pozostały kolorowe gazetki.
Uwielbiam je szczerze i dają mi wiele radości – otwierając którąkolwiek, czuję się, jakbym trafił w sam środek opery mydlanej. Tylu bohaterów! Tak wspaniałe historie! Ktoś przedawkował, pobili się kochankowie, pani zdradziła pana lub na odwrót, jakaś księżniczka ma nową sukienkę, nowe cycki i tyłek, zaś czyjś rozpieszczony brzdąc wylądował w więzieniu albo nawet w trumnie. Niewiedza jeszcze wzmacnia wspaniałość tego doświadczenia. Po prostu, nie mam pojęcia kim są ci ludzie, skąd przyszli i co robią w życiu. Nie wiem kim jest Honorata „Honey” Skarbek, lecz z zapartym tchem czytam o jej kolekcji butów i chłonę poglądy tej ślicznej dziewczynki na temat penisa Zombie-Boya czy kogoś takiego.
Ogromną rolę odgrywa stygmat. Zwróciłyście uwagę, miłe panie, że gazety dla kobiet są bardziej oflagowane niż te przeznaczone dla mężczyzn. Dziewczyna czytająca Playboya i CKM nikogo nie dziwi. Facetowi nie wypada sięgnąć po kolorową gazetkę. Nie będzie czytał takiej w tramwaju. Taka sytuacja podgrzewa jeszcze przyjemność obcowania z tymi pisemkami, dodaje posmaku zakazanego owocu. Dlatego ta męska tajemnica jest naprawdę tajemnicą, małą i wstydliwą.
I oto staję przed problemem? Jak mam zdobyć kolorową gazetkę? Co powinienem zrobić, by pogrążyć się w lekturze? Sposobów znam mnóstwo. Gdy pragnę się ostrzyc, wybieram fryzjera, u którego zawsze są kolejki, przychodzę wcześniej i bez zapowiedzi, w konsekwencji czego muszę odczekać swoje, pół godziny wzwyż. U fryzjera jest masa kolorowych gazetek, brakuje jakichkolwiek innych i nic nie stoi na przeszkodzie, bym pogrążył się w lekturze. Nieustannie odwiedzam znajomych, którzy trzymają w toalecie prasę tego rodzaju. Gdy znikam w łazience na trzy kwadranse, nie oznacza to jeszcze, że mam problemy żołądkowe! Mówiąc o nich, bezczelnie łżę, zaś moje serce ciąży ku przygodom Honoraty i jej koleżanek. Jestem gotów symulować chorobę, by trafić do szpitala, gdzie wiadomych gazetek znajduje się mnóstwo. Mógłbym opiekować się staruszkami, którzy prasę plotkarską po prostu uwielbiają. I tak dalej.
Największą radość sprawia oczywiście niespodzianka – pisemko porzucone na klatce schodowej, pozostawione w przedziale, gdzieś tam ciśnięte. Najprawdziwszy skarb, wielobarwna brama do szczęścia! Raz doświadczyłem jeszcze piękniejszej przygody – oto na pchlim targu kupiłem sobie coś niepotrzebnego, popielniczkę, figurkę, nie pamiętam już. Życzliwa handlarka zawinęła nabytek w kolorową gazetkę. Poczułem się, jakby Natalie Portman sprzedała mi buziaka.
Albo Honorata Skarbek, kimkolwiek jest.