Wszystko się zmienia i naturalne, że tęsknimy za tym, co minione (często uznajemy je za lepsze). Nie dyskutuję z tym i nic mi do tego, ale jak mnie denerwuje, kiedy starsi faceci kpią z młodych, mówiąc, że to kalesony, nie mężczyźni. Bo co? Bo są bardziej zadbani, bo opiekują się dziećmi, nie poniewierają swoich kobiet? Wkurzają mnie farmazony i idealizowanie starszych pokoleń. Nie sądzę, żeby nasi ojcowie byli tacy super męscy – no może w gadce. Mam taki przykład z własnego podwórka. Mieszkamy z teściami, mamy synka. Kamil ma sześć lat, ale jego dziadek ciągle go strofuje, kiedy ten zapłacze czy mówi o tym, że mu na przykład smutno. „Nie bądź baba”, „Bądź twardy, wstydziłbyś się” – to nasza codzienna śpiewka. Tymczasem mój teść, były pan dyrektor, którego wszyscy się bali, w domowych papuciach staje się taką „babą”, że głowa mała. Nie znam człowieka, no może kobietę w wyjątkowo trudnym hormonalnie okresie, który byłby tak zmienny, delikatny i trudny jak on. Gania swoją żonę, nawet talerza po sobie nie wyniesie. Ciągle się o coś czepia, jest kłótliwy i chamski. Wciąż się za coś obraża, stroi fochy, ma kaprysy. Oczywiście jest nieustająco zmęczony – jak mu nie dokucza głowa, to żołądeczek (ma bardzo delikatny). O ja nie mogę! Nie wiem, co on rozumie pod pojęciem „prawdziwy mężczyzna”, serio. Powiem więcej - kierując się jego rozumowaniem, to mój teść jest bardziej kobiecy, niż każda - stereotypowa - kobieta. Tak czasem sobie myślę, że starsi panowie szydzą z młodych, a tymczasem to ich męskość, naszpikowana pozorami, jest dla mnie wątpliwa.