Aż wreszcie zaszła zmiana. Najpierw pokazał mi zdjęcie pewnej pięknej dziewczyny, do tego w jego wieku, solidnie osadzonej zawodowo i spektakularnie rozwiedzionej. Wyznał, że chodzą wokół siebie od jakiegoś czasu, obwąchują jak psy. Każde, bogate bagażem nieprzyjemnych doświadczeń, bało się ryzykować. Czuli jednocześnie, że mogą stracić coś fajnego, coś co będzie im potrzebne.
Niedawno odwiedziłem mojego przyjaciela, wieczorem zrobiliśmy to, co zawsze robimy, a jednak rankiem znalazłem go odmienionego. Kręcił się po chałupie, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Skakał od kuchni do łazienki. Jednocześnie robił kawę, sprzątał stół i golił sobie części rozrywkowe, czego, dodajmy, wcześniej nie czynił. Uniosłem ciężką, zadymioną głowę i zapytałem, co właściwie wyrabia. Spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem i rzekł, że idzie na randkę. Wreszcie się umówili. Tak powiedział i zaraz zżarł pół pudełka leków na potencję.
Zdziwiłem się, ale krótko. W pełni chłopa rozumiem. Sama sytuacja, w której dwoje ludzi, po paru miesiącach obwąchiwania się, wreszcie idzie na randkę, jest bardzo stresująca. Od jej przebiegu zależy sensowność wcześniejszych oczekiwań. Gdy nie wypali, tych dwoje wróci do bezpiecznej pustki. Przestraszą się i uciekną? Niedobrze. Pójdą na siłę w kontynuowanie znajomości? Też nie najlepiej.
Przyjaciel zdawał sobie sprawę z tych obciążeń, lecz coś innego niepokoiło go daleko bardziej. Ostatnie dwa lata spędził, łowiąc dziewczyny po knajpach, na darmowego drinka, wcześniej, od ostatniego roku studiów kisił się w sosie małżeńskiej wierności. Żonę, dodajmy, poznał jakoś tak w rejonach matury. Innymi słowy, ostatni raz na randce był jakieś dwadzieścia lat temu.
Oto sedno sprawy. My, czterdziestolatkowie nie potrafimy chodzić na randki. Nie wiemy już, co na nich się robi. Sam nie byłem na randce odkąd pamiętam. W gruncie rzeczy, przychodzą mi na myśl jakieś najpotworniejsze otchłanie ogólniaka. Zawsze uważałem, że jeśli ludzie chcą pójść ze sobą do łóżka, to, do diabła, niech idą natychmiast, skracając do minimum taniec godowy. Uwikłani w studenckie pijaństwo, w rodzinność, w rozwody zapomnieliśmy czym jest randkowanie, lub nawet nie zdołaliśmy się tego nauczyć (przypuszczam nawet, że pokoleniu internetu 2.0 termin randki jest z gruntu obcy). Na randki chodzą przecież tylko bogaci Amerykanie w komediach romantycznych.
I tak sobie stał, ten mój przyjaciel, przed wyjściem na randkę, nieszczęśliwy i kompletnie zagubiony. Zastanawiał się, dokąd pójdą (pierwszym etapem był spacer), co powinien mówić i kiedy nachylić się do pocałunku. Wyrzucał rzeczy z szafy, zmieniał garnitur na kurtkę dżinsową i cały czas ganiał do łazienki, żeby zmyć stare perfumy i użyć nowych. Wrócił do papierosów, walnął setkę na odwagę i zaraz przeraził się, że pinga nie zapinga za sprawą nadmiaru spożytego alkoholu.