1927 rok. George Valentin (nagrodzony za tę rolę m.in. Złotym Globem i canneńską Palmą Jean Dujardin) jest gwiazdą niemego kina. Gwiazdą pierwszej wielkości, prawdziwym królem życia, idolem tłumów. George kręci kolejne filmy, upaja się sławą, winduje na szczyty popularności tancerkę (Berenice Bejo), w której się zakochuje. Udźwiękowienie kina traktuje niczym wulgarną, pozbawioną przyszłości nowinkę, sensację jednego sezonu. I tu (jak wszyscy wiemy) czeka go przykre zaskoczenie…
Krytycy chętnie nadużywają sloganów w rodzaju formalna perfekcja, reżyserska wirtuozeria itd. Ale tym razem nie sposób ich pominąć. Bo w filmie Hazanaviciusa mniej istotne jest „co”, na pierwszy plan wychodzi „jak”. Realizacja Artysty po prostu zapiera dech w piersiach. Francuski reżyser zrezygnował z dźwięku (hasło „nieme kino” należy tu traktować jak najbardziej dosłownie), ale każdą scenę dopracował z oszałamiającą wręcz precyzją. Każdy kadr kryje smakowite detale, każde zdjęcie podejmuje pomysłową grę z całą klasyką amerykańskiego kina. Co ważne: nie jest to jedynie uczta dla filmoznawców (chociaż i oni ubawią się setnie punktując kolejne z niezliczonych nawiązań i cytatów). Hazanavicius wraca do korzeni i przypomina nam, jak potężną bronią może być w kinie najprostsza rozrywka. Bo Artysta to mieszanina sentymentalnego melodramatu, ludycznego musicalu, chaplinowskiej komedii. I to (wsparte wspomnianą już wirtuozerską realizacją) okazuje się wystarczające. Nie wiem, jak się to Hazanaviciusowi udało, ale pozostaje faktem: Artysta wskrzesza pierwotną magię kina. Zachwyca najprostszymi zagraniami, wciąga bez reszty, bawi i śmieszy do łez.
Oczywiście można Artystę czytać znacznie bardziej wnikliwie. Jest tu przepyszna kpina z celebryckiej rzeczywistości współczesnego kina, jest przejmujący (i psychologicznie wiarygodny) obraz człowieka sięgającego dna, są kreacje na pograniczu prawdziwej wirtuozerii. Ale najważniejsza jest pasja, jaką twórcy włożyli w swój film. Czuć ją dosłownie w każdej scenie. I z niej wynika magia, której naprawdę nie sposób się oprzeć. Bo szedłem na Artystę wyposażony w cały arsenał (wspomnianych na wstępie) drwin i wątpliwości. Wyszedłem rozanielony, ubawiony i wściekły, że to już koniec. A to zdarza mi się naprawdę rzadko.