Austriacki zdobywca Oscara (Fałszerze) debiutuje w kinie familijnym, ekranizując bestsellerową (sprzedano już ponad 10 mln egzemplarzy) książkę dla dzieci niemieckiego autora ukrywającego się pod pseudonimem Knister.
Na pierwszy rzut oka trudno doszukać się w Czarodziejce Lili jakichkolwiek pozytywów. Przywykliśmy śmiać się z niemieckiej toporności i chociaż jest to jedynie stereotyp, Lili w pełni go potwierdza. Scenariusz jest banalny, przewidywalny i w żadnym wypadku nie zaskakuje. Dla dorosłego widza ciężką próbą może okazać się obcowanie z serwowanym tu poczuciem humoru. Opiera się ono głównie na malowniczych upadkach (choćby twarzą w tort) czy gagach typu bohater niechcący połknął muchę. Honoru aktorów broni naprawdę naturalna i urokliwa Lili. Wtóruje jej wygenerowany komputerowo, autentycznie zabawny (i bardzo dobrze zdubbingowany przez Zbigniewa Suszyńskiego) Hector. Ale na tym koniec, bo odtwórcy wszystkich pozostałych ról eksponują styl drewniany lub nadmiernie przerysowany. Zaskakują dekoracje i scenografia; to swoista podróż w czasie - rekwizyty przypominają tekturowe konstrukcje, jakie pamiętamy z kosmicznych odsłon Pana Kleksa, fotomontaże wydają się cytować nieśmiertelną Arabelę. Ale nie mamy tu też do czynienia ze świadomą, campową zgrywą. Ta koncepcja wydaje się raczej konsekwencją braków w budżecie (którego lwią cześć pochłonął zapewne wyraźnie wzorowany na produkcjach Pixara Hector).
Ale jest też w Czarodziejce Lili coś, co wzbudza sympatię. Bo Lili to naprawdę rzadki w dzisiejszych czasach przykład kina nakreślonego z myślą o najmłodszych odbiorcach. I kiedy ja walczyłem ze znudzeniem, licznie zgromadzone wokół mnie maluchy były autentycznie zachwycone. Film Ruzowitzkiego broni się świadomie nostalgicznym podejściem, przywołuje ducha kina familijnego sprzed dekady. I dlatego tak bardzo podobał się dzieciakom. Nie ma tu przemocy i agresji, nie ma drastycznych scen i przerażających bohaterów (przeciwnie: czarny charakter to pożałowania godny fajtłapa). Jest za to akcja, której śledzenie nie jest dla maluchów zbyt dużym wyzwaniem; jest humor, który trafia w ich gusta (dzieciarnia autentycznie ryczała za śmiechu). Jest staroświeckie przesłanie, z którego zadowoleni będą rodzice. Przypomina się tu maluchom, że liczy się nie sława, władza i pieniądze, ale rodzina i przyjaciele. Ruzowitzkiemu udało się osiągnąć ten efekt bez uciekania się w nachalną dydaktykę (tę, jak wiadomo, dzieci odrzucają). Przeciwnie: z perspektywy kilkulatka cała historia jest realistyczna. I dlatego Lili może funkcjonować jako wzór dla najmłodszych, magiczna księga może ich nęcić niczym nas niegdyś magiczny pierścień Arabeli.
Konkluzja jest prosta: jeżeli (podobnie jak niżej podpisany) pokochaliście kino dla dzieci za sprawą rozbuchanych produkcji Pixara i DreamWorks, jeżeli uwielbiacie Harry'ego Pottera, Czarodziejkę Lili omijajcie jak najszerszym łukiem. Ale jeżeli jesteście opiekunami naprawdę małego szkraba i chcielibyście zabrać go na normalną bajkę dla dzieci, wtedy film Ruzowitzkiego może się okazać dokładnie tym, czego poszukujecie.