Whatever Works to powrót do dawno sprawdzonych schematów. Po kilkuletniej ucieczce w europejskie plenery na pierwszym planie znowu mamy Nowy Jork i ukochany przez reżysera Manhattan.
[photo position="inside"]20468[/photo]Znowu główny bohater jest alter ego samego Allena. W tej roli wyśmienicie sprawdza się Larry David. David właściwie kopiuje kreacje Allena z jego wczesnych filmów, ale robi to z niezwykłą swadą. Jego Boris to podstarzały geniusz (prawie że nominowany do Nagrody Nobla fizyk o IQ ponad 200), mizantrop, cynik, hipochondryk, dla którego ludzkość to zbiór imbecyli i kretynów o świadomości tożsamej z inteligencją dżdżownic.
[photo position="inside"]20469[/photo]Boris nienawidzi ludzi, świata, seksu, boi się własnego cienia, ma regularne ataki paniki i najchętniej spędza czas na niekończących się (i przezabawnych) monologach o marności świata. Jedyne, co sprawia mu przyjemność, to bezlitosne drwiny, które każdemu napotkanemu mają wykazać, jak bardzo jest głupi.
[photo position="inside"]20470[/photo]Któregoś dnia pod drzwiami swojego mieszkania Boris natyka się na Melodie (Evan Rachel Wood) - młodziutką (i właśnie głupiutką) blondynkę, która uciekła z domu. Boris pozwala jej się umyć i przenocować, jednocześnie (a jakże) bezlitośnie z niej drwiąc. Ale że Melodie wygląda bardzo apetycznie, w kolejnych ujęciach widzimy już ożenionego z nią Borisa, który chętnie biega do apteki, by kupić viagrę.
[photo position="inside"]20471[/photo]Naprawdę zabawnie robi się, kiedy do Nowego Jorku trafiają poszukujący córki zrozpaczeni rodzice Melodie (wyśmienita Patricia Clarkson i Ed Begley Jr). Ultrakonserwatywni katolicy z południa Stanów co prawda nie odzyskują córki, ale w kontakcie z rozpasanym i na wskroś liberalnym Nowym Jorkiem odnajdują nową tożsamość.
[photo position="inside"]20472[/photo]Mama Marietta po kilku miesiącach jest już modną artystką fotografem, żyjącą w namiętnym trójkącie z właścicielem galerii i kolegą po fachu, a tata John... Ale dość już zdradziłem. Szalonych zwrotów akcji jest w Whatever Works znacznie więcej i naprawdę warto udać się do kina, by poznać je samemu.
Drugą nowością jest refleksja człowieka, który bez mała całe życie ma już za sobą. Bo nawet jeśli Whatever Works bardzo mocno przypomina całą serię analizujących relacje damsko-męskie obrazów Allena z lat 70., zupełnie inna jest jego wymowa.
[photo position="inside"]20477[/photo]Tam ogólny fatalizm równoważyła jedynie błyskotliwa autoironia, tutaj Allen (a więc specjalista od zadręczania się) próbuje dyskretnie przekonać widza, że najlepiej się wyluzować. Bo nie mamy zbyt dużego wpływu na to, co się wydarza. Bo miłość zwykle trwa krótko, ale i tak jest piękna.
[photo position="inside"]20478[/photo]Bo życie bywa okrutne, ale także inspirujące i zaskakujące. W moim wydaniu brzmi to może naiwnie, ale Allenowi udaje się te proste prawdy wiarygodnie sprzedać. Musi też cieszyć jego powrót na łono komedii. Wyraźnie znudzony wizerunkiem wiecznego jajcarza Allen w ostatnich latach realizował obrazy zaskakująco poważne (Wszystko gra).
[photo position="inside"]20479[/photo]Tym razem przypomina, że mimo 75 lat na karku wciąż jest najzabawniejszym amerykańskim autorem komedii. Mówiąc wprost: naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak bardzo śmiałem się w kinie.
Do zarzutów o autoplagiat Allen ustosunkowuje się zresztą poprzez tytuł swojego nowego filmu (i tym samym slogan, który pojawia się w nim raz po raz).
[photo position="inside"]20480[/photo]Whatever works. Cokolwiek, oby działało. I zaręczam, że tak właśnie jest. Powtórzone po raz tysięczny patenty Allena wciąż wypadają zaskakująco świeżo i przenikliwie. Wciąż działają. I to wyśmienicie.