"Pozory i złudzenia", reż. Francois Hanss
Wizyta Emmanuelle Seigner i jej męża, Romana Polańskiego, uroczysta premiera z udziałem gwiazdy i konferencja prasowa - zapewne te wydarzenia spowodowały, iż media poświęciły tyle uwagi tej francuskiej produkcji. Przez chwilę mogło się wydawać, że debiutancki film Francoisa Hanssa to jakiś ósmy cud świata, ale to tylko "Pozory i złudzenia".
Scenariusz filmu jest nieprawdopodobnie głupi i naciągany, co oczywiście byłoby do zniesienia, gdyby widza chociaż trochę zaskakiwał. Tak niestety nie jest, jedyny zwrot akcji (no, może nie jedyny, ale dobitnie sygnalizujący kolejne) następuje stosunkowo szybko, dalej już do końca jest sztampowo i przewidywalnie. Spokoju nie dają też dziury scenariuszowe, które narzucają się już podczas seansu, a nie po nim, jak to zwykle bywa, kiedy widz ochłonie i przemyśli całą historię. Ale i to jest do wytrzymania dla wytrawnego miłośnika kina klasy B (i w ogóle filmowego alfabetu), w grę wchodzi jednak jeszcze dosłowność i pretensjonalność.
Widać, że reżyser miał ambicję na opowieść wykraczającą poza możliwości skryptu, który realizował. Zapewne marzył mu się jakiś poetycki dramat. Pomysłu niestety nie zarzucił, przez co dochodzi do całkiem ciekawego dysonansu. Proste sceny z thrillerowego garnituru przeplatają się z grafomańską offową narracją i dramatycznymi, kompletnie nietrafionymi rozwiązaniami (w innych okolicznościach mogłyby się nawet bronić).
Niewiele dobrego można powiedzieć nawet o aktorstwie, zawsze uważałem, że Seigner jest aktorką zaledwie przeciętną; dopiero w porywach, wraz z niefortunnie obsadzonym Philippem Torretonem, tworzy iście drewniany duet.
Na kino (gdzie trzeba poświęcić wolny czas i całkiem spore pieniądze) szkoda nerwów, ale nie wykluczam powtórnego seansu, gdybym trafił na "Pozory i złudzenia" kiedyś przypadkiem w telewizji.