„Selma” trafia na nasze ekrany jako ostatnia z tzw. tegorocznej oscarowej puli. Pominięta przez Akademię (nagroda jedynie za piosenkę) od początku budziła (jak się okazuje: uzasadnione) wątpliwości. Bo czy mogliśmy oczekiwać, że historyczny fresk o Martinie Lutherze Kingu dostarczy nam emocji porównywalnych z szaleństwami Inarritu („Birdman”), czy Andersona („Grand Budapest Hotel”)?