0

„Spódnice w górę!”, Audrey Dana

Spódnice w górę!, Audrey DanaFrancuska „Bridget Jones”, zbiorowy portret współczesnych kobiet żyjących „w wielkim mieście”, gdzie niekiedy trudno o „seks”… jak wypada nadsekwańska wersja nurtu kojarzonego dotąd głównie z komedią amerykańską?

Debiutująca w roli reżysera aktorka Audrey Dana zebrała na planie tzw. śmietankę swoich koleżanek po fachu. Isabelle Adjani, Alice Taglioni, Laetitia Casta, Vanessa Paradis: wszystkie (jest ich w sumie 11) wcielają się w role mieszkanek Paryża. Poznajemy odnoszącą sukcesy, ale samotną businesswoman, sfrustrowaną nawałem obowiązków matkę dzieciom, piękną lesbijkę, dobijającą czterdziestki singielkę-nimfomankę, pnącą się po szczeblach korporacyjnej kariery prowincjuszkę, przerażoną perspektywą menopauzy uznaną projektantkę mody a nawet kierowcę (oczywiście również „w spódnicy”) miejskiego autobusu. Poszczególne historie rozwijają się równolegle, ale (co typowe dla tzw. portretów zbiorowych) raz po raz splatają się ze sobą, by znaleźć wspólny finał (na prywatnej wyprzedaży ciuchów wspomnianej projektantki, Lily (Isabelle Adjani).  
Trudno jednoznacznie ocenić ten film. Wiele zależy tu od przysłowiowego „punktu widzenia i punktu siedzenia”. Dla wielbicieli multipleksowych komedii romantycznych made in USA może to być prawdziwe objawienie: przykład, że można realizować czysto rozrywkowe kino nie obrażając niczyjej inteligencji. Fani francuskiej komedii „Spódnice” przełkną, ale bez entuzjazmu: znad Sekwany trafiały już do nas (i wciąż trafiają) obiektywnie lepsze (chociaż również „lekkie”) filmy. Wyrobionej, „festiwalowej” publiczności zdecydowanie odradzam. Bo chociaż „Spódnice” są owszem, sympatyczne; mają co nieco charakterystycznego dla Francuzów wdzięku (wspomniana lekkość, umiejętność świntuszenia bez (strach pomyśleć, jak obeszliby się z tym scenariuszem Amerykanie) wulgarności i przesadnego eksponowania fizjologii, do tego rozerotyzowana atmosfera, swoboda obyczajowa itd.) czepiać się ich nietrudno. Króluje tu (nie jestem pewien, czy zamierzony) chaos: Dana serwuje zbyt wiele wątków. Każdy z nich potraktowany jest pobieżnie, skrótowo, bez szansy (a nawet próby) pogłębienia psychologii postaci. W efekcie kolorowy, komediowy kalejdoskop z początku cieszy i śmieszy, ale z czasem staje się nieco irytujący. I z pewnością powierzchowny: Dana prezentuje „typy” współczesnych kobiet, niby pochyla się nad ich problemami, ale przede wszystkim dba o walor komediowy. Sięga po sitcomowe chwyty, posiłkuje się estetyką następujących po sobie gagów. I takie są też (niestety!) jej bohaterki: groteskowe, nierealistyczne, sprowadzające kobiecość do pożądania i nieustających (groteskowych, histerycznych) burz hormonalnych. Mówiąc wprost: po ekranie paraduje stado kobiet (wybaczcie, to nie moja wina) głupiutkich, niezdolnych do refleksji, skoncentrowanych jedynie na seksie… a są to w większości (Dana gładko odpuszcza sobie temat nierówności społecznych, kryzysu itd.) odnoszące sukcesy, zamożne, niezależne Paryżanki. Dlaczego ich portret jest tak karykaturalny?

Z drugiej strony (jako zdeklarowany feminista) może niepotrzebnie traktuję to aż tak „serio”? Bo nie wszystko w „Spódnicach” jest nieudane. Przeciwnie: film ma należytą dynamikę, raz po raz jest autentycznie śmieszny. Do tego ładnie sfotografowany, kolorowy, posiłkujący się niezaprzeczalną urodą Paryża. Zgromadzeni na sali widzowie wydawali się doskonale (a w każdym razie przyzwoicie) bawić. A jednak: kobiecość w „Spódnicach” to odwzorowanie szowinistycznego światopoglądu. Takiego, w którym kobieta nie myśli, bo ma „zespoły napięć”. Jest podniecona, bo taką ma akurat fazę cyklu miesięcznego itd. Niby w podobnie żartobliwym tonie przedstawiały to wspomniane „Bridget Jones”, czy „Seks w wielkim mieście”. Ale tam wyczuwalne było owe „żartobliwie”. Poprzez wyraźny dystans, roześmianą autoironię, ewidentne przymrużenie oka. Dana pokazuje to samo w sposób toporny, pozbawiony tzw. drugiego dna. Zdezorientowany (czego zwykle nie robię) przeczytałem kilka cudzych recenzji. Co potwierdziło moje obawy: koledzy po piórze różnie, ale koleżanki zgodnie (i jadowicie) atakowały „Spódnice”. Protestowały (przyłączam się) przeciwko takiemu ujęciu kobiecości. Argumentowały, że by żądać szacunku, trzeba mieć poczucie własnej wartości, nie ulegać męskim stereotypom itd. I nawet jeżeli przebijał z ich oburzenia nieco dziś już anachroniczny feminizm „wojujący”, nie przeczę: miałem podobne odczucia.

Skomentuj
Trwa ładowanie...