23

Współczesne pięćdziesięciolatki w końcu rozkwitły

Kobiety porzucane, owdowiałe albo po innych przeżyciach, raptem zaczynają rewolucjonizować własne życie. Zaczynają oddychać pełną piersią i spełniać własne pragnienia. Zupełnie inaczej niż nasze babki, a może po prostu częściej? Oto historia jednej z nich.

Współczesne pięćdziesięciolatki w końcu rozkwitły

Gdzieś, nie pamiętam już teraz gdzie, spotkałam się ze zdaniem, które tak mocno zapadło mi w pamięć, że wciąż i wciąż do niego wracam.

Przebudzenie/oświecenie to bycie sobą, ale mocniej.

Która z nas jest tą szczęściarą? Która wie, czego dokładnie chce i robi to, co kocha i ma z tego jeszcze pieniądze? Jest to niezmiernie trudne szczególnie teraz, gdy uwikłane w społeczno-obyczajowo-finansowe zależności, walczyć musimy nie tylko o byt, ale jeszcze o czas dla siebie. Ciężko jest się wyrwać z sideł wypada - nie wypada, rób jak wszyscy, wstydź się, gdzie twoje sumienie, w tym wieku nie powinnaś... Los malowanego ptaka chyba znacie. Jak mieć piórka w ulubionym kolorze i nie dać się zadziobać?

Poznałam w ostatnich latach wiele kobiet po czterdziestce i kilka po pięćdziesiątce. Małe miasteczko bywa dobrym miejscem do obserwacji. A małe zaludnienie na kilometr sprzyja ponownym spotkaniom. W kobiecym świecie coś ruszyło i nie jest to delikatne dygnięcie, choć też nie lawina, to spokojny, ale sukcesywny marsz. Widzę jak kobiety zmieniają swoje życie. Czasem jest to rewolucja, czasem tylko małe odkurzenie i wygonienie kotów z zakamarków. Czasem potrzeba kilkudziesięciu lat, czasem mniej. To, jak na to spojrzymy, zależne jest od podejścia. Wiadomo, szklanka do połowy pusta lub pełna. Lepiej późno niż wcale. Większość kobiet, które poznałam, dokonało, bądź właśnie dokonuje rewolucji. W tej przemianie jest pewien smutny aspekt. Musiały dostać po głowie tak mocno, że trauma zmusiła je do działania i poszukiwań.

Irenę poznałam przy okazji sesji fotograficznej. Wtedy też po raz pierwszy zetknęłam się z masażem Lomi-Lomi Nui. Jej opowieść usłyszałam jednak dopiero dwa lata później, mimo że mijałyśmy się nie raz na różnych spotkaniach albo chodnikach. W sumie banał, jakich wiele, jednak bez typowego zakończenia. Małżeństwo, dzieci, ona przez lata w domu opierająca i karmiąca pięcioosobową rodzinę. Potem pracowała z mężem w jednej firmie. Żyli jak większość polskich rodzin z klasy średniej. Do pewnego czasu. W którymś momencie zorientowała się, że jej komunikacja z mężem to monolog. Mówiła do muru, nie dało się go obejść ani przeskoczyć. Rozpoczęła studia. Szukając odskoczni, albo czegoś, co jej pomoże, trafiła na jogę. To było dziesięć lat temu. To był początek. Jak mi powiedziała, wtedy poczuła, że jej życie zacznie się po pięćdziesiątce. Dlaczego? Poszukując wybawienia trafiła na masaż Lomi.

- Po nim - przez kilka dni latałam w chmurach - powiedziała mi kilka dni temu.

Poszła na niego jeszcze kilka razy, teraz sama jest certyfikowaną mazurską masażystką. Jej opowieść oczywiście nie jest taka prosta. Droga do punktu, w którym się znajduje, nie była łatwa. A codzienność nie jest jeszcze doskonała, zresztą czy może być? Jak łatwo się domyślić, mąż okazał się być jednym z „tych” mężczyzn, co to lubią grać na dwa fronty. I grał tak całe sześć lat. Trywialne aż do bólu, kryzys wieku średniego i dużo młodsza kochanka. Zabrakło mu odwagi na własną rewolucję, albo było mu zbyt wygodnie, to już wie tylko on sam.

Zakończenie tej historii, choć nie wiem czy teraźniejszość można nazwać końcem, nie jest takie jak w telenowelach. Irena nie rozkręciła dochodowego biznesu i nie wyszła ponownie za mąż, choć to wszystko przed nią. Jej kierunek jest zupełnie inny. Jak się spotykamy, to widzę przed sobą bardzo atrakcyjną dojrzałą kobietę. Patrzą na mnie ciemne oczy i wiecie co uderza najbardziej? Spokój. Wynikający z tego, że ona już wie, kim jest. Nie jest łatwo, bo została po rozwodzie z dużym domem, obciążonym jeszcze większym kredytem, z ratami, na które jej nie stać, a takich domów nie sprzedaje się w tydzień. Nie wierzę też, że nie miewa w głowie sztormów, wiem natomiast, że sobie z nimi radzi. W jej domu wciąż coś się dzieje, szczególnie ostatnio. A to warsztaty bębniarskie albo afro dance, to znowu masaże, zajęcia jogi. Irena szkoli się, tańczy, masuje, piecze i przede wszystkim przyciąga ludzi. Ma jeszcze w domu nastolatka, dwójka starszych dzieci już wyfrunęła. Odezwała się do niej też pewna telewizja. Powiedziała:

- Wszystko mnie cieszy, wszystko jest frajdą.

Która z nas może to powiedzieć? Która ma tak ogromny apetyt na życie? Spotykam coraz więcej takich kobiet, wychodzą z domów, często mają już odchowane dzieci, ale to nie zasada. Zaganiają do obowiązków mężów, w końcu zaczęły robić sprawiedliwszy podział prac, bo pomimo tego, iż teoretycznie wiemy, że prace domowe należą do obojga małżonków w takim samym stopniu, to domowa rzeczywistość często wygląda tak, jak pięćdziesiąt lat temu.

Dużo się zmieniło w kobiecym świecie. I ten proces trwa, w końcu dotarł do małych miasteczek. Tu prawie każda czterdziestolatka ma jakieś zajęcia tylko dla siebie. Moje miasteczko jest rozbiegane. Codziennie z okna domu widzę rano biegające kobiety, po południu całymi grupami chodzą z kijkami. Bardzo popularna jest Zumba, w grupie jest wiele kobiet 40 i 50-letnich, którym nie schodzi uśmiech z twarzy, gdy wywijają do latynoskich rytmów. Widziałam to wczoraj na festynie rodzinnym w trakcie pokazów różnych zajęć. Mam wrażenie, że rynek jeszcze nie zauważył pięćdziesięciolatek. A one same jakby się właśnie obudziły i zaczęły żyć i pragnąć. Myślę tu głównie o małych miastach, to jednak inny świat i nieco inne możliwości niż na przykład w Warszawie.

Irena powiedziała mi też, że musiała poradzić sobie z własnymi barierami. Kiedyś obawiała się ludzi, śmieszności. Teraz wychodzi do nich, choć na początku się bała nawet odezwać. Pokonała swoje prywatne lęki. Wyszła ze strefy własnego komfortu, tak to ładnie nazywa się w psychologicznym języku, co podobno jest warunkiem jakiegokolwiek sukcesu.

Szkoda tylko, że kobiety czasem potrzebują tak smutnych przeżyć, by zadbać o swoje szczęście i tak rzadko zastanawiają się nad tym, czego pragną. Na szczęście nigdy nie jest za późno na życiową rewolucję.

Ewa Oracz

Sprzeczna, zrzędząca i aspołeczna, Matka Polka z siatami, fanka czarno-białej fotografii i kotów, weganka, feministka, szuka absolutu o poranku.

Skomentuj

Komentarze (23)

  • gość 23.06.2015, 13:51
    A czemu zdjecie 30?
    67
    65 | 2
  • Poirytowana 25latka 23.06.2015, 14:04
    O co kaman? Piszecie o 50latkach i dajecie foto 30latek? Mija się to trochę z celem artykułu...
    92
    88 | 4
  • Kujawiak09 23.06.2015, 15:13
    To prawda :) niejednej dałbym pociągnąć swój sznur od dzwonu ;)
    52
    20 | 32
  • gość 23.06.2015, 17:40
    No i bardzo dobrze. Ale tu komentarzy nie ma, bylyby gdyby pisalo jak to jestesmy STARE!
    12
    9 | 3
  • gość 23.06.2015, 19:08
    lomi lomi , joga joga , inne "filozofie" wschodu i psychiatryk murowany !
    30
    13 | 17
  • gość 23.06.2015, 21:28
    A co ? mają na czole, że trzydziestki? zadbane 50-tki teraz tak wyglądają ;)
    45
    24 | 21
  • gość 24.06.2015, 00:48
    wspolczesne 50latki robia po 50 godzin tygodniowo za 2000zl miesiecznie. nie opisujcie historyjek 0.1% populacji bo mija si... Więcej
    27
    22 | 5
  • Polak 24.06.2015, 07:01
    O jakie biedactwa pokrzywdzone przez niedobrych mężów czy partnerów - najlepiej jakby mogły używać ile wlezie będąc w zwią... Więcej
    35
    10 | 25
  • Maniek 24.06.2015, 09:29
    Eeee, jakie fajnie, zdrowe 50- tki! W życiu takich nie widziałem. Pewnie pracują w fabryce na trzy zmiany przy taśmie.-:)... Więcej
    29
    25 | 4
  • gość 24.06.2015, 09:30
    nasze babki miały mężów do grobowej deski i były z tego zadowolone
    26
    15 | 11
Trwa ładowanie...