×

2

"Zaginiona dziewczyna", David Fincher

Przyznaję, że tym razem Fincher mnie zaskoczył. I nie do końca pozytywnie. Hollywoodzki geniusz, król mainstreamu dla bardziej wymagających, zwykle wybierał tzw. ważne tematy. Wadził się z Bogiem („Siedem”), definiował współczesność (i to dwukrotnie: w „Fight Club” i 11 lat później w „The Social Network”), mierzył się z definiującymi popkulturę mega-hitami („Dziewczyna z tatuażem”). Tym razem proponuje nam kino bez wielkich aspiracji. „Zaginiona dziewczyna” to po prostu zręczny thriller. Czyli znakomita, przewrotna, zaskakująca, zostawiająca całą konkurencję daleko w tyle, ale jednak (stąd owe „po prostu”) rozrywka dla dorosłych.

Fincher ekranizuje głośną (pisarka jest też autorką scenariusza „Dziewczyny”) powieść Gillian Flynn. Poznajemy małżeństwo Amy (Rosamund Pike) i Nicka (Ben Affleck) Dunne. Ona jest ambitną, odnoszącą sukcesy pisarką, on tzw. „zwyczajnym amerykańskim chłopakiem”. Czyli odrobinę fajtłapowatym, za to przystojnym dziennikarzem, obecnie bez pracy (wiadomo: kryzys). Kochają się, uwodzą, zaskakują oryginalnymi prezentami. Wierzą, że nigdy nie dotknie ich małżeńska proza codzienności. Pięć lat później, po przymusowej (ciężka choroba matki Nicka) przeprowadzce z Nowego Jorku do Missouri Amy znika. Zakrojone na szeroką skalę poszukiwania (angażują się w nie wpierw lokalne, później ogólnokrajowe media) nie przynoszą rezultatu. Policja rozpatruje porwanie, a nawet morderstwo i tu zaczyna się problem: w zataczającym coraz szersze kręgi śledztwie głównym podejrzanym okazuje się być (zaskakująco mało przejęty zniknięciem małżonki) Nick.

Wydaje się, że zdradziłem zbyt wiele? Nic podobnego. To zaledwie początek skomplikowanej intrygi, w której nic nie jest tym, czym wydaje się być. Scenariusz to z kolei jedna wielka pułapka: raz po raz będziecie musieli rewidować swój stosunek do poszczególnych bohaterów. Zdradzę jedynie tyle, że kłamią tu dosłownie wszyscy, a relacje dobrotliwego Nicka i uroczej Amy nie mają zbyt wiele wspólnego z prawdą. No właśnie, relacje. Fincher jest mistrzem opowiadania historii, jego „Zaginiona dziewczyna” to swoisty popis. Reżyser łączy tu ze sobą trzy rodzaje narracji: dwie subiektywne, pierwszoosobowe (wersje obojga małżonków) i obiektywną, bezosobową (relacja z poszukiwań i śledztwa). Jakby tego było mało, wszystkie perspektywy wzbogacone są o liczne retrospekcje (Amy i Nick mają zgoła inny obraz ostatnich pięciu lat wspólnego życia). Powstaje gąszcz tropów, w którym pogubiłby się niejeden reżyser. Ale nie Fincher: wszystko jest tu klarowne, przejrzyste, opowiedziane (jakby na przekór) bez najmniejszego pośpiechu. Akcja rozwija się powoli, z początku można odnieść wrażenie, że nawet odrobinę „ślamazarnie”. Ale to kolejna zmyłka: reżyser nie potrzebuje powierzchownych fajerwerków (nie uświadczycie tu pościgów, scen przemocy itd.), by wciągnąć nas w swoją grę. Grę dodajmy, że perwersyjną, ironiczną i przewrotną. Bo Fincher wpuszcza nas w maliny raz po raz, ale nie bez powodu. Jego „Dziewczyna” udaje zwykły thriller, ale z czasem okazuje się być ostrą satyrą na instytucję małżeństwa, na współczesne media, łatwość z jaką manipulują one opinią publiczną. I na tym nie koniec: w drugiej połowie filmu Fincher wydaje się wręcz upajać własnym cynizmem. Raz udaje feministę, chwilę później męskiego szowinistę… dostaje się tu dosłownie wszystkim.

I może to jest właśnie odpowiedź? Bo z początku (wspominałem, że flirtujący z hollywoodzką komercją reżyser zawsze stawiał na ważne, aktualne tematy) nie mogłem zrozumieć, po co Fincher nakręcił ten film. Długo wydaje się, że to jedynie popis formalny, wspominana rozrywka dla dorosłych, wielowarstwowa gra z oczekiwaniami widza. Z drugiej strony: Fincher jak dotąd moralizował, badał granice naszej tolerancji, charakteryzował współczesność, ale zawsze stawał po stronie swoich bohaterów. Może tym razem chciał dać upust rozczarowaniu światem? Zakpić z widzów serwując im gorzką pigułę ukrytą pod pozorem lżejszego, bardziej komercyjnego kina (równie dużo tu „Scen z życia małżeńskiego” co „Fatalnego zauroczenia” i „Nagiego instynktu”)? A może paradoksalnie jest to jego najbardziej osobisty film? Bogaty, popularny, rozchwytywany Fincher żonaty był jedynie raz. Rozwiódł się (analogia?) po pięciu latach i od tego czasu (czyli od 20 lat) wytrwale tkwi w stanie kawalerskim. Pomimo całej przewrotności „Zaginionej dziewczyny” będę się (wbrew opinii większości krytyków) upierał, że film owszem, nieznacznie, ale jednak ustępuje wspomnianym „The Social Network”, „Siedem” czy (mojemu ulubionemu) „Zodiakowi”. Co nie znaczy, że nie polecam. Polecam i to bardzo. Ogląda się to świetnie. Na tle filmografii reżysera odrobinę słabszy i tak okazuje się najzręczniejszym (jak dotąd) thrillerem 2014 roku. Próbując dociec autorskiego zamysłu nie wspomniałem dotąd, że obraz jest rewelacyjnie sfotografowany (kompozycja kadru!), świetnie zagrany, że kapitalnie współgra z (też tym razem odrobinę przystępniejszą) muzyką oscarowego duetu Reznor/Ross. Tylko czy warto o tym mówić, kiedy całą rzecz firmuje Fincher? Tak, czy siak: to hollywoodzkie kino z najwyższej półki.

Skomentuj

Komentarze (2)

  • http://www.fasd.be/fasd/repliquemontre/rolexpascher.asp 25.01.2015, 21:48
    replique de montre montre rolex pas cher lunette de soleil oakley ,Ligne-Livraison gratuite http://www.fasd.be/fasd/repliqu... Więcej
    0
    0 | 0
  • gość 09.10.2015, 01:23
    Ona jest ambitną http://www.enasistem.ro/
    0
    0 | 0
Trwa ładowanie...