0

„Yves Saint Laurent”, Jalil Lespert

Yves Saint Laurent, Jalil LespertBiografie to tegoroczna recenzencka trauma. Koszmarki w rodzaju „Diany”, czy „Grace of Monaco”: ociekające kiczem hagiografie, godziny przesiedziane w kinie z zegarkiem w ręku… Stąd na „Yves Saint Laurenta” szedłem wyposażony w całą masę obaw. Niepotrzebnie. Film Roku to oczywiście nie jest, zapomnimy o nim dość prędko, ale obraz cieszy oko i gwarantuje 100 minut przyzwoitej rozrywki.

Lespert koncentruje się na latach od 1957 (początki pracy YSL w stajni Diora) aż po 1976 rok (wieńcząca jego dorobek, inspirowana rosyjskim baletem kolekcja Opera Ballets Russes). Mamy tu kluczowe momenty z życia genialnego projektanta: najsłynniejsze kolekcje, głośne skandale, romanse. Wzloty (lata wesołej, narkotycznej dekadencji) i upadki (depresje, pobyty w szpitalu psychiatrycznym). Ale najważniejsza jest (to modna ostatnio koncepcja, by opowiadać z perspektywy bohatera nr 2) relacja YSL (naprawdę dobry Pierre Niney) z Pierrem Berge (Guillaume Gallienne): wieloletnim kochankiem, ale też impresariem i PR-owcem Laurenta (a więc zakulisowym sprawcą całego zamieszania).
 
Lespert nie uniknął stereotypowych słabości tego typu produkcji. Scenariusz to właściwie streszczenie życiorysu, liniowa narracja wiodąca nas od pkt. A do pkt. B. Jest to odrobinę powierzchowne: twórcy nie próbują mierzyć się z mitem YSL. Nie znajdziecie tu słowa na temat jego inspiracji, nie ma analizy procesu twórczego, nikt nie wgłębia się zanadto w przemiany społeczne, jakie projektant jeśli nie wywołał, to z pewnością sprowokował. No dobrze, można lać jad, ale wypada też przyznać, że Lespert (zwłaszcza na tle wspomnianych na wstępie „niedawnych biograficznych porażek”) poradził sobie całkiem nieźle. Reżyser nie wnika pod podszewkę, ale umie zajmująco, rytmicznie (film ani przez chwilę nie nudzi) opowiadać. Czuć, że prawdziwe kontrowersje zamieciono pod dywan (scenariusz autoryzował Berge), ale nie ma też prób „uświęcenia” bohatera (widzimy zdrady, nałogi, błędy, wspomniane wizyty w psychiatryku itd.). Zresztą (co chyba można wybaczyć filmowi o ikonie mody) najważniejsze jest tu nie „co”, ale „jak” Lespert opowiada. Wizualnie to prawdziwa uczta: pieczołowicie odtworzono realia epoki. Z dbałością o detale, ale i z autentycznym rozmachem. Modelki paradują w oryginalnych (wypożyczano je z muzeów i prywatnych zbiorów) strojach z premierowych kolekcji YSL, oryginalna jest też większość wnętrz (domy modowe, kluby nocne). Z przyjemnością obejrzycie egzotyczne, marokańskie plenery; będziecie podglądać celebrytów z epoki (zwraca uwagę grający Karla Lagerfelda syn Klausa Kinski’ego, Nikolai) itd. Jak zwykle przy modowych produkcjach po ekranie spacerują tłumy pięknych kobiet i przystojnych mężczyzn, ale (na szczęście) większość z nich radzi sobie też z grą aktorską. Naprawdę przekonujący są bohaterowie pierwszoplanowi: Niney gra wcieleniowo, naśladuje gesty, ruchy, ton głosu YSL, ale robi to ze smakiem (czyli bez uwielbianej przesz Oscarowych decydentów cyrkowej błazenady). Gallienne przeciwnie: na pozór stonowany, w istocie targany przez tzw. wielkie emocje. Bo „Yves Saint Laurent” to przede wszystkim melodramat, historia miłosna (i orientacja bohaterów naprawdę nie ma tu nic do rzeczy).
 
Oczywiście: film chwilami (scenariuszowo, bo realizacyjnie już nie) zalatuje telewizją, ale telewizją z wysokiej półki. W Cannes ma właśnie premierę kolejny film o kultowym projektancie („Saint Laurent” Bonnello) i nie przeczę: oczekuję od niego większej przenikliwości, odrobiny ryzyka… Ale wizja Lesperta też broni się dobrze. Jak pisałem: nie nudziłem się ani przez chwilę, wizualny kalejdoskop zrobił na mnie stosowne wrażenie… Oglądało się to naprawdę przyjemnie.

Skomentuj
Trwa ładowanie...