2

„Szef”, Jon Favreau

Szef, Jon FavreauŹle kiedy autor się powtarza, ale cóż począć. Sezon ogórkowy: to on zdominował moje recenzenckie wstępniaki. Zwykle oznacza nudę, głupawe produkcje „pod konsumpcję popcornu”, nudne horrory, koszmarne komedie romantyczne… Ale nie tym razem. Wakacje 2014 (poza unikalną, przepiękną pogodą) kojarzyć mi się będą z (co najmniej) dobrymi filmami. Małe to zaskoczenie, kiedy mówimy o kreskówkach czy komediach z Sundance. Ale „Szef”? Tutaj klapa wydawała się nieunikniona. Schematyczny, sztampowy scenariusz (konstrukcja typu: upadek-przebudzenie-ponowny sukces), cały zestaw nieśmiertelnych (w tym miejscu profilaktycznie zaczynamy ziewać) amerykańskich wartości (a więc protestancki etos pracy, kult ambicji, rodzina ponad wszystko itd.). Z takim właśnie (umiarkowanie optymistycznym) nastawieniem zasiadłem w kinowym fotelu. Po czym przez dwie godziny kapitalnie się bawiłem.

Carl Casper (Jon Favreau) jest szefem kuchni. Ale nie chodzi mu o to, by zaspokajać głód: to prawdziwy artysta, eksperymentator, twórca innowacyjnych przepisów i odkrywca nieznanych smaków. Wyczarowywane przez niego cuda cieszą podniebienia (romansującej z naszym bohaterem) koleżanki z pracy (Scarlett Johansson) i jego prawej ręki, sous-chefa Martina (John Leguizamo).  Bo na talerze gości (owe cuda) już nie trafiają: właściciel restauracji, Riva (Dustin Hoffman) odrzuca projekty nowego menu, zawsze żądając sprawdzonej klasyki. Wizyta modnego, wpływowego (i niegdyś wychwalającego talent Carla) blogera kulinarnego kończy się katastrofą: złośliwa recenzja robi prawdziwą karierę na twitterze. Nieobeznany z nowym medium (a na pewno nieświadomy różnicy pomiędzy statusem prywatnym i publicznym) Carl atakuje krytyka. Ich wirtualna kłótnia staje się hitem internetu. Kiedy dochodzi do rękoczynów (relacja oczywiście trafia na youtube) Casper ląduje na bruku z wilczym biletem w kieszeni. Wyjeżdża na południe, snuje się bez celu, próbuje odbudować relację z zaniedbywanym synem. Któregoś dnia były mąż (Robert Downey Jr.) jego byłej żony (Sofia Vergara) podarowuje mu stary, zdezelowany food truck.

Szef, Jon Favreau

Favreau znany jest głównie z wysokobudżetowych blockbusterów. Wychwalany za „Iron Mana”, besztany za „Kowbojów i Obcych” (w obu przypadkach słusznie) tym razem postawił na dalece skromniejszą produkcję. I wygrał: bo nie ma tu efektów specjalnych za miliony. Są za to: kapitalne rzemiosło, bezbłędne wyczucie ekranowej narracji, oraz masa lekkiego, niewymuszonego wdzięku. I humoru. Doszczętnie zgrany schemat zyskał w obiektywie Favreau współczesną oprawę. Reżyser na zmianę cytuje i wykpiwa popularne blogi i programy telewizyjne, upaja się wszechobecnym (znacie z facebooka) porn food’em, ale na ogrywaniu mody na jedzenie nie poprzestaje. Ciekawa jest choćby refleksja nad siłą mediów społecznościowych (to one strącą Carla w otchłań i one zapewnią mu triumfalny powrót). Ale o sukcesie „Szefa” decydują przede wszystkim bohaterowie: żywi, sympatyczni, wiarygodni. Połączeni masą interakcji tworzą barwny, zwariowany świat, którego nie sposób nie polubić. Przy takim „stężeniu” gwiazd to niby oczywiste, ale jedynie na pozór: Favreau precyzyjnie prowadzi aktorów, nie pozwala, by któraś z gwiazd wybiła się na pierwszy plan, skradła dla siebie film. Przeciwnie: Hoffman, Johansson, Downey Jr. itd. tworzą tu zgrany team, wnoszą do filmu energię, świeżość. Czujemy, że wszyscy razem świetnie bawili się na planie „Szefa”. To zresztą (wypróbowany już w „Iron Manie”) kolejny chwyt reżysera: niby historia jakich wiele, niby hollywoodzki banał, ale gdzieś w tle czai się alternatywny pazur. Nie brakuje przekory, ironicznego przymrużenia oka. Widać to po samych postaciach: to w gruncie rzeczy banda ekscentryków-outsiderów. Jedni karmią się wybujałym ego, inni popalając jointy nabijają się z korporacyjnego świata. Wspomniana konstrukcja (od bohatera do zera i z powrotem) zwykle eksponuje otumanionych konsumpcją japiszonów. Tu widzimy raczej bandę kolorowych freaków.

Ogląda się to świetnie. Bo chociaż Favreau bywa bezwstydnie komercyjny, nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku. Nie ma tu cukierkowych scen, tanich wzruszeń, wulgarnych żartów. Jest niewymuszona lekkość, zwariowany humor, specyficzny błysk. Stąd szerokie oddziaływanie „Szefa”: publiczność wali na niego drzwiami i oknami (wielki sukces w USA), krytycy nie mogą się go nachwalić… Cóż dodać? Dystrybutor zapraszając dziennikarzy na poranny pokaz ostrzegał, by zjeść solidne śniadanie. I rzeczywiście: zaserwowany na pusty żołądek film (kapitalne zdjęcia potraw) mógłby być torturą. Ale po sutym obiedzie, jako deser (gwarantuję!) będzie prawdziwą przyjemnością.

Skomentuj

Komentarze (2)

  • gość 09.08.2014, 20:12
    Baaaardzo zabawny film!
    2
    1 | 1
  • gość 17.08.2014, 18:42
    Poprawia nastrój. Polecam
    0
    0 | 0
Trwa ładowanie...