0

„Polskie gówno”, Grzegorz Jankowski

Polskie gówno, Grzegorz JankowskiFilm, który stał się legendą na długo zanim powstał. Pierwotnie miał to być off’owy eksperyment enfant terrible polskiej sceny muzycznej, Tymona Tymańskiego. Później okazało się, że Tymański i Jankowski planują nakręcić film profesjonalny, do obsady dołączają kolejne gwiazdy ekranu (m.in. Jan Peszek, Arkadiusz Jakubik, Sonia Bohosiewicz, Marian Dziędziel) i estrady (Czesław Mozil, Leszek Możdżer), a opiekę artystyczną nad obrazem obejmuje (i nie jest to frazes: czuć tu jego rękę) Wojciech Smarzowski. Przez kolejne 10 lat temat „Gówna” pojawiał się i znikał: produkcję wielokrotnie przerywano (brakowało funduszy). I kiedy nikt już nie wierzył, że film w ogóle powstanie, zapowiedziano premierę na festiwalu w Gdyni. Co ciekawe (filmy realizowane „zrywami” zwykle się nie udają) Gdynia pokochała „Polskie gówno”. Widzowie przyznali mu nagrodę publiczności, krytycy utrzymywali, że dopuszczone do głównego konkursu (pokazywano je w sekcji „Inne spojrzenie”) zmiotłoby konkurencję.

Weteran trójmiejskiej sceny alternatywnej, czterdziestokilkuletni muzyk Jerzy Bydgoszcz (Tymański) odwiedza swojego ojca (kapitalny Dziędziel), by pożyczyć od niego nieco gotówki. Chwilę później Bydgoszcza dopada komornik Czesław Skandal (Grzegorz Halama). Zorientowawszy się w sytuacji finansowej naszego bohatera Skandal obejmuje stanowisko jego menedżera: chce zorganizować trasę koncertową, która pozwoli mu ściągnąć z Bydgoszcza długi. Muzyk (nie bez problemów) reaktywuje swój zespół Tranzystory, za kierownicą busa zasiada prawdziwa legenda punkowego podziemia, Stan Gudeyko (Robert Brylewski). Cała ekipa wyrusza w trasę po tzw. Polsce B.

„Polskie gówno” zaskakuje. Przykuwa uwagę niezwykłą energią, łamie zasady tradycyjnej narracji, miesza ze sobą gatunki i estetyki. To musical pożeniony z dokumentem muzycznym, gorzką komedią, psychodelicznym kolażem, wszechobecną zgrywą. Oniryczny, chaotyczny, odlotowy. Pierwotnie duet Jankowski-Tymański stawiał na ostrą parodię (by nie rzec paszkwil) na rodzimy show-biznes. I faktycznie: dostaje się tu wszystkim. Pojedyncze kpiny znajdują ujście w kapitalnej (i przezabawnej) scenie telewizyjnego talent show. Czuć tu (jak wspominałem) Smarzowskiego. Na zewnątrz błyszczący świat telewizyjnych gwiazdek i celebrytów zostaje pokazany od kulis. A tu widzimy już polską biedę, żenadę, tzw.: układziki, amatorszczyznę, prowizorkę itd. Byłoby to może nieco jednostronne, ale Tymański unika pozy muszkietera (czy męczennika) sztuk ambitnych. Śmiało kieruje ostrze ironii także w swoją stronę. To druga (jest ich więcej) warstwa „Polskiego gówna”. Autotematyczna, wręcz autoterapeutyczna. I tak „Gówno” pokazuje (niewesoły) los polskiego artysty. I również „po Smarzowsku”. Bieda, długi, fatalne warunki pracy, nieuczciwi organizatorzy, brak perspektyw. To obraz przezabawny, ale mocno przygnębiający. I zaskakująco aktualny. Bo –  paradoksalnie - wieloletnie opóźnienie „Gówna” zadziałało na jego korzyść. W epoce błyszczącego „glamour” sprzed kilku sezonów Tymański pobrzmiewałby pretensją starzejącego się punka. Dziś codziennie czytamy o upadku rynku sztuki, fatalnych zarobkach polskich artystów, o pokoleniu prekariatu, pracy „za prestiż” itd. Dość wspomnieć głośne dyskusje jakie sprowokowały wypowiedzi Malanowskiej, Brylewskiego, Libery czy zamieszanie wokół warszawskiego CSW. „Polskie gówno” znakomicie wpisuje się w ten nurt. Ale bez nachalnej publicystyki. Lament zastępuje tu drwina, żart, przymrużenie oka. Owszem dużo tu tzw. „śmiechu przez łzy”, równie wiele Gogolowskiego „z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie”. Ale śmiechu jest co niemiara. Mamy też zaskakujące, będące swoistym katharsis, ale i deklaracją umiłowania sztuki, wolności, bezkompromisowości zakończenie. I wspomniany już na wstępie eksperymentalny, psychodeliczny, na wskroś „niegrzeczny” i przekorny charakter całości.

Cieszy, że „Polskie gówno” trafia do tzw. szerokiej dystrybucji, że towarzyszy mu duża promocja. To kapitalne, prowokacyjne, nieszablonowe kino. Przyznaję: niepozbawione wad, nieco hermetyczne, z pewnością wywoła dyskusje, znajdzie zagorzałych tak fanów, jak i przeciwników. Jedni pokochają dziką energię filmu, drudzy wytkną, że bywa nierówny, że chwilami czuć jego amatorski rodowód. Że genialne żarty sąsiadują z humorem cokolwiek żenującym. Fani odpowiedzą, że „żenady” są programowe, oddają charakter Polski i rodzimego show biznesu. Ja staję po stronie entuzjastów, ale tak czy siak: naprawdę warto wyrobić sobie własną opinię. Bo obrazu tak świeżego i przekornego w polskim kinie jeszcze nie było.

Skomentuj
Trwa ładowanie...