3

„Frank”, Lenny Abrahamson

Frank, Lenny AbrahamsonNie myślałem, że kiedykolwiek napiszę coś takiego, ale co tam: fajny mamy w tym roku sezon ogórkowy! W ostatnich tygodniach mogliśmy obejrzeć m.in. znakomite komedie („Zacznijmy od nowa”, „Stulatek, który wyskoczył przez okno…”), świetną animację („Jak wytresować smoka 2”),  ciekawy dokument („O krok od sławy”). Teraz przyszedł czas na prawdziwe wydarzenie artystyczne. Takie przez duże „W” i równie duże „A”. Będzie trudniej niż w przypadku wyżej wymienionych tytułów i z pewnością nie wszyscy pokochacie Abrahamsona. Ale tak to już jest, kiedy na scenie pojawia się prawdziwy artysta, tzw. twórca oddzielny, postać (jak obstawiam) na miarę Spike’a Jonze czy Wesa Andersona.

Co nie znaczy, że czeka na Was ciężkie, hermetyczne kino dla jajogłowych. Przeciwnie. „Frank” to komedia. Komedia czarna, zwariowana i ekscentryczna. Chwilami przykra, demaskatorska, smutna… ale nieodparcie zabawna. Streszczanie nie ma w tym przypadku większego sensu, bo fabuła to jedynie pretekst: Abrahamson lubuje się w sugestiach, często puszcza oko do widza, gra kontekstem, a to co najważniejsze chętnie utyka gdzieś „pomiędzy słowami”. Pokrótce: Jon (Glesson) jest ambitnym, ale pozbawionym talentu początkującym muzykiem. Pracuje w korporacji, chętnie (chociaż niczego jeszcze nie skomponował) opisuje swe „twórcze męki” na twitterze, facebooku itd. Szansą okazuje się dla niego koncert zespołu The Soronprfbs, którego lider, tytułowy Frank (jak zawsze cudowny Michael Fassbender) ukrywa twarz za dziwaczną (wielki, papierowy model ludzkiej głowy) maską. W zespole brakuje klawiszowca, Jon gra za niego zastępstwo, chwilę później zostaje przyjęty „na stałe”. Dalej cała ekipa zaszywa się na wsi, by zrealizować płytę, która zadziwi świat. Szybko okazuje się jednak, że „coś tu nie gra”. Muzycy (m.in. Maggie Gyllenhaal) są (najdelikatniej mówiąc) ekscentryczni, wszyscy mają za sobą tzw. epizody psychiatryczne. Największy niepokój (ale i nieodpartą fascynację) budzi w Jonie lider, który nie zdejmuje wspomnianej maski nawet kiedy śpi, je, śpiewa, czy bierze prysznic.

To zresztą doskonały przykład odwagi (by nie rzec brawury) Abrahamsona: zatrudnia jednego z najpopularniejszych aktorów świata, po czym ukrywa jego (zapewniającą milionowe zyski) twarz wewnątrz papierowej kuli. Takich zagrań jest więcej: reżyser sięga po zgrane schematy, wytarte klisze, po czym bezlitośnie je dekonstruuje, a nawet wykpiwa. Z początku może się wydawać, że „Frank” to typowe kino z (film miał tam zresztą swoją premierę) Sundance. A więc mamy galerię ekscentrycznych, nieprzystosowanych do życia bohaterów, którzy szukają akceptacji i przynależności, chcą realizować (w tym wypadku poprzez muzykę) swoje marzenia itd. Do tego cała masa humoru, wszechobecne (i udane) żarty. Wydaje się, że dostaniemy typowy, wdzięczny „poprawiacz nastroju”. Ale to jedynie zasłona dymna. W drugiej połowie filmu Abrahamson stopniowo (ale i jednocześnie drastycznie, wzbudzając niepokój, wchodząc w dialog z wrażliwością widza) zrywa maski, ośmiesza wygodne stereotypy. Pierwszy z brzegu przykład: przywykliście widzieć związek pomiędzy geniuszem i szaleństwem, wierzyć, że lęki i demony są dla artysty dobrodziejstwem, źródłem nieustającej inspiracji, kluczem do popularności? Po seansie (cudowna scena z udziałem rodziców bohatera!) „Franka” szybko ten pogląd zweryfikujecie. Ten i wiele innych. Część z nich tyczy się jedynie show-biznesu, ale większość ma (niebezpiecznie) uniwersalny charakter. Bo może wydaje się Wam też, że możecie być kim tylko chcecie? Zrealizować każdy plan, każde marzenie, jeżeli tylko będziecie ciężko pracować? Że otaczają Was z gruntu dobrzy ludzie, że w globalnej wiosce XXI w zatriumfowała wolność i tolerancja? W takim razie może lepiej nie oglądajcie „Franka”. Bo Abrahamson to przede wszystkim twórca przewrotny: scena za sceną, dialog za dialogiem niszczy (czy może po prostu odbiera) złudzenia. Nie ucieka się przy tym do oskarżycielskiego tonu, programowego pesymizmu, rozdrapywania traum itd. „Frank” do końca pozostaje (i przypomina w tym nieco Kaurismakiego, czy wczesnego Jarmusha) komedią. Śmiechu jest tu co niemiara. Inna sprawa, że dla co wrażliwszych widzów będzie to droga od radosnego rechotu w kierunku tzw. śmiechu poprzez łzy…

I tyle. Nic więcej nie zdradzę. Dla mnie (jak na razie) najważniejszy film 2014 roku. Z pewnością nie wszyscy podzielą ten pogląd, z pewnością (podobnie jak wspomniani Jonze i Anderson) Abrahamson dorobi się tak grona fanatycznych zwolenników, jak i grupy (oskarżających go o artystyczną blagę) zdeklarowanych przeciwników. Wystarczy elementarna znajomość historii kina, by wiedzieć, że działo się tak zawsze, gdy pojawiał się artysta, którego po latach zgodnie nazwaliśmy „kultowym”.

Skomentuj

Komentarze (3)

  • gość 16.07.2014, 10:41
    Niesamowity film. Dziwny, ale niesamowity.
    2
    2 | 0
  • gość 16.07.2014, 10:42
    Niesamowity film. Dziwny, ale niesamowity.
    0
    0 | 0
  • Zośka 20.07.2014, 23:46
    Dla mnie trochę dziwny. Ale podobał się mojemu facetowi
    1
    1 | 0
Trwa ładowanie...